poniedziałek, 9 maja 2016

Ekwador wzdłuż i wszerz, cz. 18

My cieszymy się wspomnieniami z sześciotygodniowego pobytu w Ekwadorze na przełomie lutego i marca 2016 roku. Po naszym powrocie doszło tam 16 kwietnia do silnego trzęsienia ziemi. Ocenia się, że w jego wyniku zawaliło się prawie 7000 budynków – w tym 30 hoteli w północno-zachodniej miejscowości Pedernales, w których zginęły 154 osoby. Poza tym zniszczonych zostało 2740 budynków i 560 szkół.
Łącznie jest 660 ofiar śmiertelnych i 27 732 rannych. Zginęło 634 Ekwadorczyków, 11 Kolumbijczyków, 6 Kubańczyków, 4 Kanadyjczyków i po jednym obywatelu Dominikany, Hiszpanii, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Włoch. 
 

Zawalone budynki i ogromne zniszczenia spotkały mieszkańców kilku ekwadorskich miast, jak np: Pedernales, Bahia de Caraquez, Manta i Portoviejo. W tych dwóch ostatnich mieszkaliśmy i gdyby nasza podróż zaczęła się po świętach wielkanocnych, nasze trzy polskie nazwiska mogłyby się znajdować na liście ofiar tego trzęsienia ziemi.


Po ponad miesiącu naszego pobytu w Ekwadorze, w czwartek 17 marca, rano o godzinie siódmej czasu lokalnego, a już trzynastej czasu polskiego (różnica 6 godzin), zbudziły nas silne uderzenia strumieni deszczu. Podczas naszego sześciotygodniowego pobytu w Ekwadorze był to drugi i ostatni taki przypadek, że padało. Pierwsza ulewa dopadła nas 24 lutego w Puyo, w drodze do dżungli (zdjęcie powyżej).
 

Teraz deszcz był o wiele silniejszy, bo mocno dmuchał wiatr od strony zachodniej. Duże krople deszczu wpadały nam do pokoju, który nie miał progu u drzwi. Zalało nam jeden materac leżący na posadzce pod oknem. Trzeba było usuwać wodę... prześcieradłem.
Była to pora śniadaniowa i kilku hostelowych gości próbowało pójść do pobliskiego sklepu, aby kupić coś do jedzenia. Janusz, nasz stały zaopatrzeniowiec, otrzymał ode mnie rozkładany parasol. Posłużył on również i pozostałym osobom.


Po dwóch godzinach przestało padać, wyszło słońce, powietrze było wyjątkowo czyste i czuło się jego zapach. Podobnie jak u nas nad Bałtykiem, tak i tutaj nad Oceanem Spokojnym kontynentu Ameryki Południowej, turyści jak i miejscowi pieszo spacerują wzdłuż plaży.


Tak spacerując brzegiem zauważyliśmy, że osoby pomagające rybakom w wytaszczeniu rybackich łodzi na brzeg, jako zapłatę otrzymują po kilka małych rybek. Myśmy też postanowili pomóc rybakom z myślą o otrzymaniu takiej samej zapłaty. Niestety okazało się, że łódź, która akurat powróciła z łowiska miała niewiele ryb. Zatem kupiliśmy za dolara dla naszej trójki podróżników po Ekwadorze tylko dziewięć małych ryb. Przypadało po trzy sztuki na łepka.


Kupione ryby zawinięte w celofanową torebkę zaniosłem do kuchni i wsadziłem do dużej lodówki. Janusz nie dawał jednak za wygraną i doczekał się przypłynięcia innej łodzi, w której było sporo ryb. Był głównym dowodzącym przy przepychaniu po piaszczystej plaży łodzi rybackiej na dwóch podmienianych palach drewnianych.


W nagrodę otrzymał aż jedenaście ryb i dumnie przyniósł je w dłoniach do naszego hostelu. W sumie mieliśmy 20 ryb, które Janusz fachowo oskrobał i wypatroszył.


Oceaniczne ryby przygotowane do smażenia prezentowały się apetycznie.

Obiadokolacja była bardzo obfita, bo dla każdego z nas przypadało prawie po siedem usmażonych na patelni ryb, podanych wraz z warzywami, jak pomidory, cebula i papryka. Ości po rybach zjadły koty właścicielki hostelu.


Myśmy konsumowali ryby, a obok przy stoliku, naszej gospodyni wróżyła z kart tarota młoda dziewczyna pochodząca z Toronto (na powyższym zdjęciu z lewej). Miała na imię Emilka, ubrana była w strój hipisowski. Nieco wcześniej dyskretnie porobiła nam filmiki swoim telefonem komórkowym. Następnie wysłała je swojej mamie do Kanady, upewniając ją, że przebywa w doborowym towarzystwie. Trzech żywych dinozaurów, którymi zainteresowany jest Steven Spielberg do nakręcenia kolejnej części filmu o tych zwierzętach, które pojawiły się około 237 milionów lat temu i większość nie przeżyła katastrofy sprzed 66 milionów lat. Zostały one ukazane w pierwszym „Jurassic Park”, którego premiera odbyła się w 1993 roku, a także w niezbyt udanej w ocenie naukowców "Jurassic World", nowej, wielkiej hollywoodzkiej produkcji Stevena Spielberga z 2015 roku.
Żartowaliśmy z tych trzech żywych dinozaurów, bo wokół nas kręciły się przecież same młode dziewczyny, co jedna ładniejsza od drugiej. Pasowaliśmy do nich, jak pięść do oka.


Właścicielka hostelu w którym się zatrzymaliśmy na cztery doby ma na imię Elizabet i pochodzi z bardzo zimnej Alaski. Przyleciała z USA do Ekwadoru przed 9 laty. Trafiła do tej malowniczej miejscowości Canoa przez przypadek. Tak się jej tutaj spodobało, że kupiła drewniany domek rybacki. Własnym sumptem dobudowała dwa piętra, przekształcając na hostel i nadając mu nazwę Coco Loco.
To od Elizabet dowiedzieliśmy się, że za jeden ar położony tuż przy plaży, który jest równy 100 metrom kwadratowym, co z kolei odpowiada powierzchni jednej setnej części hektara, obecnie trzeba zapłacić 150 tys. dolarów. Teren już odleglejszy od plaży kosztuje dziesięciokrotnie taniej.


Rozważaliśmy, czy byłoby sensem kupić taką tańszą działkę, postawić dom i wynajmować turystom. Kręciło się ich jednak znacznie mniej w tej drugiej strefie. Interes mógłby okazać się nieopłacalny. Dlatego Janusz Nowak z Kociewia, z ochotą pomógł gospodyni naprawić uszkodzony hydrant. Jak nam oznajmił, chętnie by nawet pomieszkał w tym hostelu i dokonał wielu napraw i przeróbek.


Tym bardziej, że właścicielka ma tylko 5-letnią córkę, która w tym roku pójdzie do zerówki, a za rok do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Póki co, uczy się od mamy prowadzenia hostelowego interesu. 
Właścicielce hostelu tak z doskoku pomagają różne przyjezdne osoby. Podczas naszego pobytu niektóre prace wykonywały cztery młode kobiety, jedna z Nowego Jorku, druga z Toronto i dwie z Wielkiej Brytanii. Mieliśmy okazję bliżej je poznać.


Pod wieczór, po obfitej rybnej kolacji, Janusz nakłonił mnie na drinka. Serwowały je w podwórkowym barku pomocnice właścicielki naszego hostelu. Urocza Luna pochodząca z Wielkiej Brytanii zrobiła nam dwa mocne drinki w cenie pięciu dolarów. Po ich kolejnej serii powiedziała nam, że studiuje politologię i wraca na studia dopiero w czerwcu.


Jak dowiedziała się, że jesteśmy z Polski, z dumą oznajmiła, że jej pradziadek pochodził właśnie z Polski. W nagrodę za to otrzymała od nas czerwony długopis z napisem „Jestem z Gdańska”. Bardzo się ucieszyła z tego drobiazgu.


Z zazdrością patrzyły na to dwie koleżanki, które jej pomagały przy prowadzeniu hostelu. Ta z lewej na zdjęciu - Hira jest nauczycielką i mieszka w Nowym Jorku, a ta z prawej - Kejti jest pomocą dentystyczną w Toronto i obie - jak nam powiedziały – też mają... polskie korzenie.


Do polskich korzeni przyznała się również Hana, studiująca geografię i socjologię na uniwersytecie w Londynie, gdzie na stałe mieszka. Już dwukrotnie na zaproszenie znajomych swojej babci była w Krakowie. Jak Janusz dowiedział się, że mieszka w stolicy Wielkiej Brytanii, gdzie on jeszcze nie był, zrobił sobie z Haną wspólne pamiątkowe zdjęcie, wymienił adresami i zaprosił ją do siebie na pomorskie Kociewie.


Późnym wieczorem po naszej rybnej kolacji i po naszych dwóch rozweselających drinkach, wszystkie wolne krzesła i taborety zostały zajęte przez młodzież. Wspólnie wkoło rozsiadło się z kilkanaście osób różnych narodowości z kilku kontynentów. 
Dwie osoby miały klasyczne gitary i próbowały coś zagrać na strunach. Nic im jednak melodyjnego z tego nie wychodziło. Nawet nie potrafili wspólnie lub solowo zaśpiewać jakiegoś przeboju.
To nie to, co my za młodu, że przy takich okazjach, już w latach 60-tych minionego wieku śpiewaliśmy przeboje brytyjskiego The Beatles, tj. zespołu rockowego z Liverpoolu, działającego już od 1960 roku. A i przeboje polskich Czerwonych Gitar też były i nadal są w naszym repertuarze.


Ale i tak dobrze, że choć przez kilka godzin współcześni młodzi ludzie różnych narodowości siedzieli wspólnie i coś ze sobą ustnie rozmawiali. Jednak co rusz zaglądali w swoje komórki.
Tak się przy popijanych trunkach, głównie piwie, głośno rozgadali pod naszym oknem, że grubo po północy trzeba było im stanowczo powiedzieć, że i tutaj w ekwadorskim hostelu Coco Loco obowiązuje cisza nocna. Poskutkowało. (cdn)

Tekst i zdjęcia: Włodzimierz Amerski

Futbolowa lwia drużyna

W oliwskim ZOO dwie sporej wielkości piłki wykonane ze specjalnego trwałego materiału umieszczono na dużym wybiegu celem... urozmaicenia życia 9-osobowej lwiej rodziny.


Dokonano tego około południa w niedzielę 8 maja 2016 roku wraz z uruchomieniem Karty Gdańskiego Lwa (o czym piszemy oddzielnie). Jedna piłka mniejsza jest koloru białego, a większa jest zielonkawa. Są one wykonane ze specjalnego tworzywa, które lwom trudno będzie zniszczyć swoimi ostrymi kładami i pazurami.



Jako pierwszy najodważniejszy do nowego okrągłego przedmiotu, tego większego zielonkawego, podszedł samiec Argo. Niczym piłkarz zaczął piłką żonglować przednimi łapami. Polegało to na tym, że nie podrzucał jej do góry, jak czynią to dwunożni piłkarze, lecz uderzał rytmicznie w piłkę z góry, raz jedną, to raz drugą łapą.



Dopiero po samcu do piłek podeszły samice, a następnie młode lwiątka. - Tym samym tworzy nam się futbolowa drużyna szykująca formę na futbolowe mistrzostwa – zażartował wiceprezydent Gdańska Piotr Grzelak. Te najbliższe mistrzostwa będą rozgrywane od 10 czerwca do 10 lipca 2016 roku we Francji, gdzie będą rywalizować 24 najlepsze drużyny Europy, w tym i Polski



Lew Argo prawie przez cały czas miał baczenie na to, co się dzieje z dwoma okrągłymi przedmiotami.



Gdańskie lwy już znacznie wcześniej otrzymały do zabawy dwa plastikowe czerwone przedmioty (zdjęcie powyżej). Są one jednak wykonane ze zbyt słabego surowca i widać w nich ślady lwich kłów. Jak nam powiedział dyrektor oliwskiego ZOO Michał Targowski, te dwie nowe piłki zostały zakupione w specjalistycznym sklepie w Holandii w cenie po około 1,2 tys. złotych i są znacznie wytrzymalsze.
Dla słoni – jak powiedział nam dyr.. Targowski - podobne zabawowe urządzenie też bardzo masywne, przymocowane na łańcuchach, kosztuje około 4 tys. zł.



Zabawa dwiema piłkami przez 9-osobową rodzinę lwów z pewnością dodatnie wpłynie na frekwencję zwiedzających w oliwskim ZOO. W 2015 roku zwiedziło go prawie 440 tys. osób, a w 2016 roku przypuszczalnie padnie kolejny rekord i będzie ich ponad pół miliona. 
Frekwencja w innych europejskich ogrodach zoologicznych jest znacznie większa i dochodzi nawet do 1,5 mln zwiedzających rocznie. Stąd też pomysł utworzenia dla mieszkańców Gdańska całorocznej Karty Gdańskiego Lwa. - Skoro mieszkańcy Sopotu są uprzywilejowani i mają darmowe wejście na sopockie molo, to gdańszczanie też mogą mieć jakieś publiczne ulgi - twierdzi dyr. Michał Targowski. Ale tylko ulgi, bo utrzymanie ogrodu zoologicznego sporo kosztuje.



Jeden lew dziennie zjada około 7 kg mięsiwa. Mnożąc przez dziewięć, łatwo policzyć, że lwia rodzina pożera 63 kg pokarmu dziennie. A oliwskie ZOO obecnie zapewnia schronienie 1004 zwierzętom ze 193 gatunków zagrożonych wyginięciem oraz wymarłym w ich środowisku naturalnym.



Roczny budżet utrzymania oliwskiego ZOO, to koszt w granicach 13 mln zł. Jedynie w 70 proc. pokrywane są te koszty z wpływów za bilety wstępu. Pełnia sezonu trwa od początku maja do końca września i wówczas bilety są droższe (25 zł i 15 zł ulgowy) w porównaniu do pozostałych miesięcy całego roku, kiedy bilety kosztują odpowiednio 10 zł i 5 zł.
Pozostałą kwotę budżetową oliwskiego ZOO uzupełniają sponsorzy i budżet Miasta Gdańska.



W oliwskim ZOO można oglądać wystawę pt. Historia lwów w gdańskim ZOO. Jest umieszczony m.in. przedruk dużego zdjęcia pn. „Władca pustyni w Oliwie” z gazety Dziennik Bałtycki z 27 lipca 1955 roku.

Fot. Włodzimierz Amerski

Do ZOO z Kartą Gdańskiego Lwa!

Roczny nielimitowany wstęp do gdańskiego ZOO w cenie dwóch biletów. To oferta z jakiej od niedzieli 8 maja 2016 roku skorzystać mogą wszyscy gdańszczanie.

Karta Gdańskiego Lwa, bo tak się ona nazywa, to nowy produkt, który ułatwić ma mieszkańcom Gdańska korzystanie z uroków gdańskiego ogrodu zoologicznego. W efekcie to udogodnienie ma sprawić, że gdańskie ZOO będzie miejscem jeszcze bardziej częstszych wizyt i to przez cały rok.

 


- Gdańsk, to miasto pełne atrakcji, a jedną z tych niekwestionowanych jest nasz ogród zoologiczny, który cieszy się coraz większą popularnością. To jest nasz skarb. Z roku na rok rośnie liczba odwiedzających. W 2015 roku ogród gościł blisko 440 tys. osób. Chcemy, jednak by gdańskie zoo jeszcze silniej zaistniało w świadomości gdańszczan, by mieszkańcy jeszcze bardziej związali się tą atrakcją miasta. Stąd specjalna oferta właśnie dla nich, która mam nadzieję zachęci mieszkańców do częstego odwiedzania zoo - powiedział wiceprezydent Gdańska Piotr Grzelak (na powyższym zdjęciu z prawej).


Cztery pierwsze Karty Gdańskiego Lwa kupił dla swojej czteroosobowej rodziny wiceprezydent Piotr Grzelak, w asyście dyrektora ZOO Michała Targowskiego.


Karty Gdańskiego Lwa przy wejściu do gdańskiego ZOO odczytywane są specjalnym urządzeniem. Nie było żadnej elektronicznej awarii jak na początek całej tej cennej inicjatywy i wiceprezydent Piotr Grzelak jako pierwszy wszedł na teren ogrodu ze swoją rodziną. Dwóch synów rodzice zaopatrzyli w pojazdy kołowe, rower i hulajnogę, aby łatwiej było im pokonywać duże odległości między poszczególnymi wybiegami dla zwierząt.
Taniej, bez kolejek do kas i do woliKoszt rocznej elektronicznej Karty Gdańskiego Lwa, to 50 zł dla osoby dorosłej i 30 zł karta ulgowa dla dziecka.


- To bardzo atrakcyjna oferta. Podobne karty, funkcjonujące w innych europejskich ogrodach, kosztują trzykrotność biletu - powiedział dyrektor gdańskiego ZOO Michał Targowski. – Oliwski ogród zoologiczny to miejsce wyjątkowe, chcemy by gdańszczanie zaglądali tu na co dzień i czerpali stąd jak najwięcej, bo wiele dobrego można stąd wynieść. Niezależnie od wieku, wiele można się tu nauczyć i dowiedzieć podglądając zachowania różnych gatunków zwierząt..


By nabyć kartę należy wypełnić specjalny formularz, który dostępny jest w kasie ogrodu. Można też pobrać go na stronie internetowej zoo i z już wypełnionym przyjść do kasy. Na miejscu od razu po złożeniu wniosku wydana zostaje plastikowa karta, podobna do takiej bankowej. Raz nabyta karta upoważnia nas do nielimitowanej liczby wejść do ogrodu, przez 12 miesięcy od momentu nabycia przez nas takiej karty, już bez konieczności stania w kolejce do kasy.

Zwierzaki „na gigancie”, czyli jak robi lew


Miasto Gdańsk rozpoczęło kampanię promującą gdański ogród zoologiczny. - Jeszcze w tym miesiącu na ulicach miasta, zagoszczą mieszkańcy naszego ogrodu. Na stu citylightach na przystankach tramwajowych i autobusowych na terenie całego miasta, pojawią się wizerunki zwierzaków wykonane przez uczniów jednej z gdańskich szkół. W sposób nieszablonowy i zabawny zapraszać będą mieszkańców do odwiedzenia zoo. Ogród w okresie najbliższych miesięcy obecny będzie w przestrzeni naszego miasta – zapowiada Piotr Grzelak.

Interaktywna mapa zoo

Coraz większą popularnością cieszy się także strona internetowa gdańskiego zoo. W kwietniu 2016 roku stronę gdańskiego zoo odwiedziło 30 tys. użytkowników.


- Dzięki intuicyjnemu interfejsowi strona ZOO jest atrakcyjna nie tylko pod kątem wizualnym. Odpowiada też na potrzeby użytkowników i możliwość szybkiego znalezienia interesujących ich informacji. Coraz więcej osób poszukuje informacji w Internecie poprzez telefony i tablety, dlatego też strona jest responsywna. Można korzystać z jej wersji mobilnej, jak i na tablet – mówi Piotr Grzelak.


– A już niedługo na stronie znaleźć będzie można interaktywną mapę zoo, która pozwoli na wybór ścieżek zwiedzania oraz sprawdzenie, gdzie dokładnie znajduje się interesujące nas zwierzę, jak na przykład słoń.
Za pomocą mapy można będzie wytyczyć także trasę tematyczną zwiedzania, np. ze względu na kontynent, z którego pochodzą zwierzęta. Ponadto, przy każdej ikonie zwierzęcia, oprócz nazwy znaleźć będzie można informacje i ciekawostki na jego temat – dodaje wiceprezydent Grzelak.
Interaktywna mapa ZOO powstanie do końca maja 2016 roku.


Najwyższy czas odwiedzić gdańskie ZOO.
Do ZOObaczenia!

Fot. Włodzimierz Amerski


środa, 4 maja 2016

Ekwador wzdłuż i wszerz, cz. 17

Podczas kolejnego dnia pobytu w ekwadorskiej miejscowości Canoa, leżącej tuż nad brzegiem Oceanu Spokojnego, z rana po śniadaniu, w połowie marca 2016 roku, wspólnie wybraliśmy się na dłuższy spacer.


W centrum niewielkich zabudowań dostrzegliśmy napis Canoa. Był wymalowany na budynku wewnątrz którego mieściła się jedna z kilku wypożyczalni sprzętu wodniackiego.


Takim wodniackim sprzętem są także niewielkich rozmiarów deski surfingowe wbite w plażowy piasek i czekające na amatorów ślizgania się po falach.


Już z rana można spotkać na plaży sprzedawcę kapeluszy i okularów.


Niezatapialne deski były wbite w plażowy piach w różnych miejscach i czekały na amatorów surfingu. Koszt wynajmu był w miarę przystępny cenowo.


Droga, którą podążaliśmy brzegiem oceanu, prowadziła też przez ciekawej konstrukcji most przewieszony nad rzeką.


Tuż za mostem po prawej stronie znajdował się za ogrodzeniem strzeżony przez wartownika ośrodek wypoczynkowy. Wśród zieleni w rzędzie stało kilka drewnianych bungalowów, a przy recepcji niewielki basenik.



Idąc brzegiem dotarliśmy do naturalnej przeszkody w postaci wysokich skał. Na końcu zatoki dostępnej dla pieszych, ktoś wybudował szałas z wyrzuconych przez ocean patyków i desek Robiło to niesamowite wrażenie. Pozwalało wrócić wspomnieniami do czytanych za młodu książek przygodowych.




Nasyciwszy się pięknymi widokami i wspomnieniami, tym samym brzegiem wracaliśmy do naszego hostelu. Na tym samym pokonywanym przez nas moście, tym razem siedzieli rozmarzeni lokalni chłopcy wypatrujący co ładniejsze dziewczyny przechadzające się po plaży.



Po dwóch godzinach spaceru wróciliśmy do naszego hostelu „Coco loco”. Podczas konsumpcji w cieniu tropikalnej roślinności drugiego śniadania, od strony piaszczystego deptaku zajechał ładny samochód. Wysiadły z niego dwie osoby kierując się od razu w naszą stronę. Z uśmiechem na ustach przedstawili się nam – ona Raquel Loor, a on Torge Sehendo. Oboje z Escuela Superior Politecnica del Litoral (ESPOL). Wśród turystów odwiedzających Ekwador przeprowadzają ankietę na temat doświadczeń w marketingu miejsc turystycznych i produktów globalnych rynków turystycznych.
Zaoferowali nam do wypełnienia po jednej z dwóch ankiet, krótszą w języku angielskim lub dłuższą w języku hiszpańskim, składającą się z pięciu stron. W tej dłuższej było więcej pytań i wariantów odpowiedzi. A pytania dotyczyły m.in. celu i terminu przyjazdu, miejsca i warunków zamieszkiwania w Ekwadorze, zastosowanych metod aby skorzystać z usługi turystycznej.



Z tłumaczeniem niektórych pytań z hiszpańskiego na język polski i ich zrozumieniem było trochę kłopotu. Pytano o ocenę estetyczną Ekwadoru, jego przystosowania dla potrzeb turystów. Ale były też i łatwe pytania, jak na przykład: - Ile pieniędzy przeznaczasz rocznie na cele turystyczne? Było kilka wariantów odpowiedzi: do 3 tys. dolarów, od 3 do 5 tys., od 5 do 8 tys. i powyżej. Ile pieniędzy planujesz wydać podczas tej podróży po Ekwadorze?
Kolejne pytanie dotyczyło stosowanych metod płatności podczas różnych zakupów. Opisywaliśmy to w poprzednich częściach tej relacji. Jak nas zaskoczyła uczynność pracowników bankowych, którzy służyli pomocą przy pobieraniu przez nas pieniędzy używając kart bankowych. I to w miejscach dla nas egzotycznych, bo w rybackich małych miasteczkach, w których placówka bankowa znajdowała się tuż przy plaży w porcie rybackim.


Tak było w miejscowości Puerto Lopez, w której tuż przy plaży znajdowała się siedziba Banco Pichincha i bez problemu, ale z pomocą pracownika ochrony, pobrałem 200 dolarów (opis w części 8 i 9 relacji). 
Zdziwiło mnie jednak, że pobrane banknoty były bardzo zużyte, czego u nas w Polsce jakoś nie doświadczyłem.
Nasi ekwadorscy ankieterzy nie byli tym zaskoczeni. Pieniądze, w tym przypadku amerykańskie dolary obowiązujące w Ekwadorze, są w ciągłym obiegu i nie ma czasu na ich wymianę na nowe w tak odległych zakątkach kraju.


Po wypełnieniu trzech ankiet, dwóch w języku angielskim i jednej w hiszpańskim, ankieterzy dla udokumentowania swojej pracy zrobili nam zdjęcia. My w rewanżu podarowaliśmy im po czerwonym długopisie z napisem „Jestem z Gdańska” oraz po odznace z godłem Sopotu, również robiąc sobie z nimi wspólne pamiątkowe zdjęcie.


Odpowiedziawszy na wiele pytań związanych z turystyką i czynnym wypoczynkiem, raptem jeden z naszej trójki podróżników Janusz Nowak postanowił popływać na falach przy użyciu deski surfingowej. Dopytał się o ceny wynajmu w pobliskiej wypożyczalni. W zależności od długości deski i czasu wypożyczenia, ceny kształtowały się od 5 do 20 dolarów.


Traf chciał, że przy naszym hostelu z taką deską wracał z plaży nasz lokalny sąsiad. Nie robił problemu gdy poprosiliśmy go o wypożyczenie jego deski, aby sobie na niej z godzinę popływać. Zgodził się nawet na połowę ceny, tj. zaledwie 2 dolary. 
Z takim pływaniem na falach nie ma żartów. Przed wejściem do wody postanowiliśmy zatem zrobić sobie wspólne pamiątkowe zdjęcie.


Z naszej trójki tylko Janusz odważył się wykorzystać długie i wysokie fale do popływania na desce. Przez cały czas pilnował go młodszy około pięcioletni brat właściciela deski. Nawet się rozpłakał z tego powodu, że ktoś obcy pływa na desce jego starszego brata. Widocznie nic nie wiedział o tym, że jego starszy brat ją nam wypożyczył.


Janusz tym swoim pływaniem na falach musiał zrobić spore wrażenie na plażowiczach. Z kilkuosobowej grupy jedna z odważniejszych pań poprosiła o zrobienie jej wspólnego zdjęcia właśnie z wybranym przez nią Januszem.


Towarzysząca tej kobiecie rodzina i znajomi mieli niezły ubaw z tej zabawnej sytuacji. A to dlatego, bo oprócz wspólnego pozowanego zdjęcia, odważna Ekwadorka na pożegnanie wycałowała naszego polskiego Janusza, rodem z pomorskiego Kociewia.


W takiej dwuznacznej sytuacji postanowiłem sam poszukać plażowego szczęścia. W pojedynkę udałem się na spacer w przeciwną do poranka lewą stronę. Po drodze napotkałem samotną bardzo ładną lalkę, tyle że nic nie mówiącą.


W pobliżu tej samotnej plażowiczki znajdował się zatopiony w tropikalnej zieleni okazały ośrodek wypoczynkowy z wydzielonym miejscem do lądowania śmigłowców.


Myśmy dotarli do Canoa autobusem, z wcześniejszym przylotem z holenderskiego Amsterdamu do ekwadorskiej stolicy Quito. Z niej podążaliśmy Andami na południe, po czym wracaliśmy na północ brzegiem oceanicznym.
Na pocieszenie kończącego się dnia pozostało mi zrobienie zdjęcia zachodzącego słońca nad Oceanem Spokojnym u wybrzeży kontynentu Ameryki Południowej. (cdn)

Tekst i zdjęcia: Włodzimierz Amerski