piątek, 10 lutego 2017

Kuszące oferty pracy w Halifax

Finansowo oferta pracy jest interesująca. Początkowe wynagrodzenie dla szefa produkcji, to 75 tys. dolarów kanadyjskich rocznie, czyli około 236 tys. zł. Stawka godzinna dla czeladnika to 109 zł, a dla praktykanta 75 zł. Mimo takiej oferty, tłumów nie było 10 lutego 2017 na targach pracy zorganizowanych w hotelu Radisson Blu w Gdańsku. Być może dlatego, że w negocjacjach i wypełnieniu zgłoszeniowego formularza obowiązywała biegła znajomość języka angielskiego. A może też i duża odległość miejsca pracy od Gdańska.
Ta oferta pochodziła od stoczniowej firmy kanadyjskiej Irving Shipbuilding. Jej siedziba mieści się na wschodnich wybrzeżach Kanady w Halifax w Nowej Szkocji. Jest najnowocześniejszą stocznią i serwisantem okrętów w Ameryce Północnej. Aktualnie pracuje nad rewitalizacją floty Kanadyjskiej Królewskiej Marynarki Wojennej. Ponad 80 proc. jej obecnej floty morskiej wyprodukowała Stocznia w Halifax, znajdująca się w ścisłej czołówce kanadyjskiego przemysłu stoczniowego od ponad 125 lat.
Spółka Irving Shipbuilding zachęca Polaków do podjęcia pracy w tej stoczni, oprócz dobrych zarobków, oferując podróż do Halifax w Nowej Szkocji wraz z rodziną. Zakwaterowanie do 45 dni od momentu przyjazdu. Pomoc w oceanicznej przeprowadzce i w załatwianiu formalności imigracyjnych oraz wsparcie na drodze do uzyskania prawa stałego pobytu. Zapewnia też pomoc w integracji z lokalną społecznością i przydzielenie pracownika, który wprowadzi w środowisko firmy, liczącej w sumie 1500 pracowników
Ta najnowocześniejsza stocznia Ameryki Północnej, od 2012 roku zainwestowała w innowacyjność technologi ponad 350 milionów dolarów. Jej obiekty zostały indywidualnie przygotowane z myślą o produkcji kanadyjskich okrętów marynarki wojennej. Montażownia i hale produkcyjne mające 408 metrów długości i 46 metrów wysokości, stanowią największe obiekty wojskowego przemysłu stoczniowego w Ameryce Północnej.
Z ciekawości zajrzałem na te targi pracy i zobaczyłem, jak kilku mężczyzn wypełniało formularze zgłoszeniowe. Jeśli zostaną przyjęci do pracy czeka ich wyjazd do Halifax.
Ta stolica Nowej Szkocji – jak zapewniali organizatorzy targów - tętni życiem. Miasto uznawane jest za jedno z najlepszych miejsc do mieszkania w Kanadzie, gdyż jest bezpieczne, niedrogie oraz zamieszkałe przez zróżnicowane społeczeństwo liczące ponad 418 000 mieszkańców. Halifax oferuje doskonałe możliwości w dziedzinie szkolnictwa i edukacji, zarówno publicznej, jak i prywatnej, poczynając od przedszkoli, aż po uczniów szkół średnich. Jest też możliwość kontynuowania nauki na sześciu wyższych uczelniach oraz trzech policealnych szkołach zawodowych. W Halifax znajduje się wiele historycznych obiektów, kwitnie kultura i sztuka, Jest też świetne zaplecze kulinarne.
Miasto usytuowane jest na wschodnim wybrzeżu Kanady, gdzie panuje umiarkowany klimat z czterema porami roku, a temperatury nie są tak ekstremalne jak w innych kanadyjskich miastach. Charakteryzuje się idyllicznym latem, które ustępuje beztroskiej jesieni, po której następuje łagodna zima i tętniąca życiem wiosna.
Międzynarodowe lotnisko Halifax Stanfield znajduje się w odległości dwóch godzin lotu bliżej Europy niż jakiekolwiek inne znajdujące się w Ameryce Północnej.
P.S. Otrzymałem od przedstawiciela Polonii zamieszkałego w Toronto następującej treści prośbę: 
Proszę o dodanie do bloga że $75,000, to jest $3,500 po podatkach na rękę. Z tego idzie $1,400 mieszkanie, $400 ubezpieczenie, $100 telefon, $350 prąd, telewizja i gaz, $450 benzyna. I zostaje $900 na jedzenie i drobne wydatki. Wyliczamy, że nie ma pożyczki na samochód albo żadnych innych opłat na inne pożyczki. A to tak, przy oszczędnych zakupach akurat wystarczy. :) Także $75,000 w Kanadzie, to nie aż takie pieniądze jak się wydaje na singla. Małżeństwo dwa razy po $75,000 i owszem, ale jak przyjdą dzieci.....

Przepustki młodych gdańskich naukowców do Nobla


Dwie Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Naukowców im. Jana Uphagena już po raz czternasty wręczono w piątek, 10 lutego, 2017 roku w Domu Uphagena przy ul. Długiej 12 w Gdańsku. Na uroczystości obecni byli laureaci wraz z rodzinami i przyjaciółmi. Tradycyjnie nagrodzeni zasiedli na pięknie rzeźbionych, zabytkowych krzesłach i wysłuchali laudacji.
Nagrodzeni zostali mgr Wacław Kulczykowski z Uniwersytetu Gdańskiego (kategoria nauk humanistycznych i społecznych) i dr inż. Adrian Bekasiewicz z Politechniki Gdańskiej (w kategorii nauk ścisłych i przyrodniczych).
Na powyższym wspólnym zdjęciu wraz z wicemarszałkiem Senatu Bogdanem Borusewiczem, wiceprezydentem Gdańska Piotrem Kowalczukiem i promotorami przyznanych nagród.
Mgr Wacław Kulczykowski (ur. w 1988). To doktorant Wydziału Historycznego Uniwersytetu Gdańskiego. Swoją pracę doktorską poświęca średniowiecznym systemom zaopatrywania miast w wodę i historycznych obiektów hydrotechnicznych na terenie Pomorza Gdańskiego oraz dawnych Prus Wschodnich.
Wacław Kulczykowski jest też autorem 9 artykułów oraz 4 rozdziałów w monografiach naukowych pisanych w języku polskim i angielskim. To również uczestnik licznych ekspedycji archeologicznych. Wykonał m.in. opracowanie historyczne badań archeologiczno-architektonicznych prowadzonych w obrębie Fortu Carré w Twierdzy Wisłoujście. Aktywnie brał udział w organizacji 40 wydarzeń popularyzujących naukę. Wykonawca i kierownik wielu projektów naukowych z dziedziny archeologii.
Gratulacje Wacławowi Kulczykowskiemu złożyła również Ewa Liegman. dobra znajoma laureata. 
 
Dr inż. Adrian Bekasiewicz (ur. w 1987), któremu złożono gratulacje, to absolwent Wydziału Elektroniki Telekomunikacji i Informacji Politechniki Gdańskiej, w której bronił pracy doktorskiej pod tytułem: Projektowanie anten szerokopasmowych z użyciem szybkich metod optymalizacji wielokryterialnej. 
Obecnie Adam Bekasiewicz jest badaczem na wydziale ETI oraz pracownikiem naukowym na Uniwersytecie w Rejkiawiku (Islandia). Od 2011 roku laureat regularnie otrzymuje granty na badania, a także jest głównym wykonawcą grantów z Narodowego Centrum Nauki. Współpracuje między innymi z Engineering Optimization and Modeling Center (EOMC) w Islandii.
Adam Bekasiewicz (na zdjęciu odbierający gratulacje) w swoich badaniach koncentruje się na opracowaniu technik umożliwiających szybkie projektowanie układów mikrofalowych i antenowych. Młody naukowiec jest też współautorem 170 publikacji, w tym 65 prac w czasopismach, 7 rozdziałów w monografiach, 94 recenzowanych artykułów konferencyjnych oraz 4 prac o zasięgu krajowym. Jest też współautorem łącznie 10 prac z chemii, inżynierii lotniczej oraz hydrodynamiki. Współpracuje z zespołami badawczymi z Belgii, Chin, Islandii, Kanady, Republiki Południowej Afryki oraz Stanów Zjednoczonych. 
Laureat podziękował rodzinie, w tym żonie Aleksandrze i 2-letniemu synowi Igorowi za wsparcie w realizowaniu jego naukowej pasji.
– Nagroda ta promuje naukowców działających w Gdańsku, którzy pomimo swojego młodego wieku, odznaczają się bogatym dorobkiem. Jest uhonorowaniem ich wkładu w rozwój nie tylko lokalnego środowiska i ich dziedzin macierzystych, ale też polskiej nauki na arenie międzynarodowej. Inwestycja w naukę i mecenat nad mistrzami to także najpiękniejsze tradycje dojrzałych i odpowiedzialnych miast – powiedział Piotr Kowalczuk, zastępca prezydenta Gdańska ds. polityki społecznej (na powyższym zdjęciu pierwszy z prawej). – Życzę laureatom, aby nasze pomorskie młode Noble były wstępem do odebrania Nobla w Sztokholmie – podsumował Piotr Kowalczuk.

Zwycięzcy otrzymali z rąk Mileny Rudzińskiej z Wydziału Kultury Urzędu Miasta Gdańska nagrody pieniężne w wysokości po 7 tys. zł brutto. Już tradycyjnie laureaci otrzymali od dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Gdańska Waldemara Ossowskiego karty wstępu do placówek muzealnych mu podległych oraz po dwa albumy o Twierdzy Wisłoujścia i Przedzamczu Gdańska.
Nagroda ta przyznawana jest od 2003 roku. Od 2006 roku nosi nazwę Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Naukowców im. Jana Uphagena (wcześniej „Młode Heweliusze”). Wyróżnienia przyznaje się studentom i absolwentom gdańskich szkół i uczelni w dwóch kategoriach: nauk ścisłych i przyrodniczych oraz nauk humanistycznych i społecznych. Młodzi naukowcy nie mogą mieć więcej niż 30 lat. Ponadto muszą odznaczać się znacznym dorobkiem naukowym, realizowaniem znaczących projektów bądź posiadać zaproszenia na stypendium naukowe.
Kandydatury do nagrody zgłaszają rektorzy gdańskich uczelni, przewodniczący Gdańskiego Towarzystwa Naukowego, członkowie Polskiej Akademii Nauk w Gdańsku, członkowie Stacji Naukowej PAN w Gdańsku lub prezydent Gdańska. Wnioskodawcy przedstawiają sylwetki młodych badaczy, które następnie rozpatruje Kapituła Nagrody. Po obradach Kapituła przedstawia propozycje laureatów prezydentowi Gdańska.
Część artystyczną podczas uroczystości rozdania nagród wypełnił występ członków zespołu Cappella Gedanensis w składzie: solistka sopranowa Klaudia Trzasko, fortepian Elżbieta Kulińska, skrzypce Przemysław Mazur. Całość poprowadził red. Konrad Mielnik z Radia Gdańsk.
Obaj laureaci Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Naukowców im. Jana Uphagena podczas pożegnania podzielili się swoimi planami wakacyjnymi z Mileną Rudzińską z Wydziału Kultury Urzędu Miasta Gdańska.

czwartek, 9 lutego 2017

Weganin rowerem przez 3 kontynenty, 43 kraje, 42000 km

Rowerami podczas środowej śnieżycy 8 lutego 2017 dojechali do Gdańskiego Archipelagu Kultury Plama na Zaspie Młyniec niektórzy najbardziej zatwardziali miłośnicy jednośladów. Przyjechali, aby posłuchać o wyprawach rowerowych Łukasza Ogonowskiego. O tych do Gambii na przełomie 2007/2008, do RPA w najdłuższym okresie 2010/2014, do Gwinei 2014/2015 i do Skandynawii w 2016 roku. Łukasz odbył te podróże rowerem, który wraz z ekwipunkiem ważył 50 kg.

Do klubu Plama zostali zaproszeni wszyscy miłośnicy podróży rowerowych, jak i wszyscy ci, którzy chcieli posłuchać o ostatnich pięciu nomadowych wyprawach rowerowych Łukasza Ogonowskiego, które trwały po 2 miesiące, 14 miesięcy oraz najdłuższa prawie 4 lata.
Łącznie ten podróżnik po świecie spędził na rowerze 6 i pół roku przejeżdżając przez 3 kontynenty, 43 kraje, łącznie pokonując 42 tys. km.
W trakcie pokazu można było zobaczyć wiele ciekawych, ale poukładanych bardzo chaotycznie zdjęć. Zabrakło ich chronologii i słownego opisu. Łukasz wyznał, że nie korzystał z infrastruktury turystycznej, lecz z namiotu, hamaku i Natury oraz gościnności lokalnych ludzi. Pożywieniem podczas jego wypraw były potrawy pochodzenia roślinnego, gdyż jest weganinem od 20 lat.
Dla rowerowego podróżnika najgroźniejsze były tnące komary roznoszące malarię, po nich niezwykle pamiętliwe słonie, a następnie broniące swoich terytoriów hipopotamy i wygłodniałe lwy. Przez komary kilka razy był bardzo chory, bo miał malarię z której udało mu się na szczęście wyzdrowieć, ale dwa razy i to pod rząd po dwa tygodnie było już krytycznie. Człowiek jak zachoruje na malarię – mówił Łukasz - ma poczucie bycia gąbką, jest prawie bezwładny, pozbawiony sił. Oprócz odpowiednich podanych w porę leków, tylko bardzo silna wola życia pozwala zwalczyć tą groźną chorobę. Istotny warunek, że nie wolno się poddawać. Kilku polskich podróżników właśnie z powodu tej choroby zmarło. On miał też poważne problemy zdrowotne po uderzeniu przez TIRa w Turcji.
Podczas tych długich podróży Łukasz musiał się nauczyć podstawowych słów w różnych językach. Najtrudniej jest w Afryce, jak choćby w Etiopii, w której obowiązuje aż 68 języków i tyleż rytualnych tańców. Rodziny liczą tam nawet i kilkanaścioro dzieci. Zachwalał Sudan, jako kraj bardzo gościnny.
Gość podróżniczego wieczoru, jak mieszka w Polsce, to jako nauczyciel zarabia nauczając języka angielskiego. Podczas swoich takich długich wypraw zarabia poprzez kuglarstwo. Za jeden występ dostawał nawet i 50 dolarów.
Podczas środowego wieczoru, na który do Plamy przybyła ponad setka osób, w tym głównie młode kobiety, Łukasz mówił też o planowanej międzykontynentalnej wyprawie przez Europę, Azję i Amerykę Południową, która ma rozpocząć się wiosną 2017 roku.
Łukasz Ogonowski podróżuje od 9 roku życia. Jako nastolatek zjechał sporą część Europy autostopem. W 2006 r. wybrał rower jako środek transportu w podróży. Najdłuższa jego wyprawa, z Polski do RPA trwała prawie 4 lata i liczyła 27 tys. km. Przemierzył Afrykę sam, bez eskorty, śpiąc pod namiotem lub w domach miejscowej ludności.
W podróżach po świecie odwiedza obozy dla uchodźców oraz domy dziecka i jako wolontariusz prowadzi tam warsztaty z kuglarstwa, gimnastyki, samoobrony, a także uczy angielskiego. Występuje też z pokazami fire show oraz baniek mydlanych, sam lub dołączając do innych performerów ulicznych. 
Z pokazami zdjęć, wykonywanymi małym aparatem cyfrowym, aby nie rzucać się w oczy, jak i prelekcjami występował już w wielu miastach Polski, Europy, w Turcji, Afryce czy na Bliskim Wschodzie. Jego dotychczasowe rowerowe podróże, to:
1. Polska – Ukraina – Rumunia – Węgry – Słowacja - Polska.
2. Polska – Niemcy – Francja – Hiszpania – Portugalia – Hiszpania – Maroko - Zachodnia Sahara – Mauretania – Senegal – Gambia - Senegal. 
3. Polska – Ukraina – Mołdawia – Rumunia – Bułgaria – Turcja, zakończona potrąceniem przez TIR-a. 
4. Polska – Białoruś – Ukraina – Rumunia – Bułgaria – Turcja – 
Grecja – Cypr – Liban – Jordania – Izrael – Palestyna – Egipt – 
Sudan – Etiopia – Kenia – Uganda – Ruanda – Burundi – Tanzania 
– Zambia – Zimbabwe – Botswana – RPA – Swazilandia – 
Mozambik – RPA.
5. Czechy – Niemcy – Szwajcaria – Francja – Hiszpania - Kraj Basków wybrzeżem do Galicji – Portugalia – Hiszpania – Maroko - Zachodnia Sahara – Mauretania – Senegal – Gambia – Casamance - Guinea Bissau – Casamance – Gambia.
 6. Skandynawia (Szwecja, Norwegia, Dania) i Niemcy.




środa, 8 lutego 2017

Gość specjalny ambasador Malty


Tradycyjne spotkanie noworoczne Stowarzyszenia Konsulów Honorowych w Polsce odbyło się 6 lutego 2017 w Domu Uphagena przy ulicy Długiej w Gdańsku. Na powyższym zdjęciu pierwszy z prawej Adam Koperkiewicz, będący przyjacielem wielu konsulów, były długoletni dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Gdańska. Został on określony przez prowadzącą spotkanie Magdalenę Pramfelt jako cicerone po Gdańsku, tj. oprowadzający wiele delegacji zagranicznych po tysiącletnim grodzie nad Motławą. Towarzyszą mu m.in. konsul generalny Turcji w Gdańsku Serdar Davran i konsul honorowy Francji w Gdańsku Alain Mompert.
Na zaproszenie Magdaleny Pramfelt, prezydent tegoż Stowarzyszenia (na powyższym zdjęciu pierwsza z prawej), w spotkaniu wzięły udział osobistości świata polityki, kultury, nauki i gospodarki oraz przedstawiciele służb mundurowych. Pani prezydent poinformowała, że dotychczasowy honorowy konsul Wielkiej Brytanii w Gdańsku Andrzej Kanthak został mianowany ambasadorem w Republice Południowej Afryki, Wspomniała też, że spotkania SKHwP są kontynuacją wieloletnich styczniowych spotkań rodziny Uphagenów, podczas których dzielono się dywidendą. Tradycja konsulów honorowych w Gdańsku jest wielowiekowa, a do najstarszych należą placówki Francji i Niderlandów.
Zabierający głos jako pierwszy wicemarszałek Senatu RP Bogdan Borusewicz, życzył konsulom akredytowanym w naszym kraju zacieśniania kontaktów Polski z krajami jakie reprezentują. Przy rosnącej w krajach europejskich, w tym i w Polsce fali grypy, życzył wszystkim zebranym dużo zdrowia.
Wojewoda Pomorski Dariusz Drelich, z zadowoleniem odniósł się do rosnącej ilości zagranicznych delegacji mających w planach swoich służbowych podróży do Polski, koniecznie zwiedzenie Gdańska i Pomorza.
Wicemarszałek Województwa Pomorskiego Wiesław Byczkowski (drugi z lewej na powyższym zdjęciu) wystąpił w imieniu swoim, a także wicemarszałka Ryszarda Świlskiego i prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego, wyrażając podziękowania za promowanie przez konsulów walorów turystycznych naszego kraju i możliwościach rozwinięcia u nas biznesów zwłaszcza w dziedzinie gospodarki morskiej.
Podczas spotkania zostali poproszeni o przedstawienie się nowo mianowani konsulowie, wśród nich był także przedstawiciel konsulatu Chińskiej Republiki Ludowej w Gdańsku Zhao Xiuzhen.
W spotkaniu w gdańskim Domu Uphagena po raz pierwszy uczestniczyli konsulowie honorowi Peru, konsulatu w Toruniu Stanisław Rakowicz i konsulatu w Gdańsku Roman Walaciński.
Łew Zacharczyszyn, konsul generalny Ukrainy w Gdańsku wspomniał o aktualnie prowadzonej wojnie w jego kraju i dlatego życzył zachowania pokoju przedstawicielom wszystkich państw biorących udział w tym konsularnym spotkaniu. Życzył też zdrowia i pomyślności zebranym, jak i ich rodzinom.
Rektor Politechniki Gdańskiej prof. Jacek Namieśnik chwalił zacieśniające się kontakty naukowe kierowanej przez siebie uczelni zwłaszcza z uczelniami chińskimi.
Spośród wielu gości, głównie mężczyzn, jedynie rektor Ateneum Szkoły Wyższej w Gdańsku prof. Waldemar Tłokiński zachował się jak przystało na dżentelmena i wręczył okazały bukiet kwiatów Magdalenie Pramfelt, prezydent Stowarzyszenia Konsulów Honorowych w Polsce.
Gościem specjalnym spotkania była Jej Ekscelencja Natasha Mali Daudey, ambasador Republiki Malty w Warszawie. To Republika Malty w rozpoczętym półroczu przejęła rezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Do zebranych konsulów ambasador Malty powiedziała, że unijną prezydencję Malta, jako najmniejsze państwo członkowskie UE sprawuje od 1 stycznia 2017 roku. Jako debiutujące w tej roli państwo zapowiada, że będzie realizować program zbudowany wokół trzech “M”: migracji, polityki morskiej (Maritime) i Morza Śródziemnego (Mediterranean). 
Malta będąca wyspą na Morzu Śródziemnym i licząca zaledwie 423 tys. mieszkańców, weszła do UE, podobnie jak Polska w 2004 r. i w obecnym półroczu po raz pierwszy przewodniczy pracom UE. Ze względu na swoje położenie Malta jest wyczulona na problem napływu imigrantów. Przywiązuje w związku z tym szczególne znaczenie do problemu kryzysu migracyjnego, podkreślając konieczność zreformowania unijnej polityki azylowej i pełnego wdrożenia ustaleń o relokacji 160 tys. uchodźców w państwach UE. W związku ze wzrostem zagrożenia terrorystycznego w Europie, maltańska prezydencja umieściła w swoim programie także kwestie bezpieczeństwa.
Na zakończenie spotkania z Jej Ekscelencją Natashą Mali Daudey, ambasador Republiki Malty w Warszawie, kurtuazyjną rozmowę przeprowadziła red. Grażyna Wiatr, prezes Zarządu Wydawnictwa Prasowego EDYTOR Sp. z o.o., wydawca Magazynu Pomorskiego. Asystował tej rozmowie Konsul Honorowy Republiki Malty w Gdyni Sławomir Kalicki, prezes zarządu Marine Spółka z o.o.
Podobną kurtuazyjną rozmowę przeprowadził i wymienił się wizytówkami Konsul Honorowy Republiki Łotewskiej w Gdańsku Krzysztof Figiel.

wtorek, 7 lutego 2017

„Mój sąsiad islamista. Kalifat u drzwi Europy”

To tytuł książki polskiego dziennikarza Marka Orzechowskiego, która powinna stać się obowiązkową lekturą dla wszystkich decydentów, zarówno tych z polskiego rządu jak i Sejmu, Senatu oraz tych z polskich miast i miasteczek. Lektura zwłaszcza dla radnych i prezydentów Gdańska. Gdyni i Sopotu, którzy usilnie zabiegają o przyjęcie syryjskich dzieci wraz z ich opiekunami. Popierający te zabiegi w porannej audycji Radia Gdańsk (7 lutego 2017) red. Mieczysław Abramowicz również powinien zapoznać się z lekturą tej książki. Bo to i jego wypowiedzi zainspirowały mnie do poruszenia tej kwestii.
Otóż autor książki zmierza się z poruszającymi aktualnie opinię publiczną zagadnieniami tak zwanej islamizacji Europy Zachodniej. Mamy do czynienia z książką, będącą dziełem frapującym, opartym na niepokojących faktach i procesach oraz dowodzącym imponującej wiedzy teoretycznej autora.
Marek Orzechowski (na zdjęciu z prawej) jest dziennikarzem, publicystą i pisarzem, a także byłym wieloletnim korespondentem polskiej telewizji w Brukseli i Bonn. W swoim dorobku ma wywiady z czołowymi politykami Europy, a także setki komentarzy, artykułów i reportaży, w tym między innymi z wojny na Bałkanach. Autor każdorazowo pisze o miejscach i zagadnieniach, które gruntownie zgłębił. Jego „Belgijska melancholia” ukazywała kulisy życia w Brukseli, bestsellerowa „Holandia” konfrontowała czytelnika z tajemnicami tego kraju, natomiast „Zdarzyło się w Berlinie” było osobistą historią opowiadającą o podziale i zjednoczeniu Niemiec.
Byłem na tym samym roku z Markiem Orzechowskim podczas Dziennych Podyplomowych Studiach Dziennikarskich Uniwersytetu Warszawskiego. Ostatnio co jakiś czas spotykaliśmy się m.in. w Sopocie, podczas odbywającego się co roku Europejskiego Forum Nowych Idei (EFNI) z udziałem znaczących polityków. Jego książkę „Mój sąsiad islamista. Kalifat u drzwi Europy” przeczytałem jednym tchem podczas niedawnych świąt bożonarodzeniowych.
Mój kolega ze studiów, mieszkający na stałe w Brukseli, opisuje w niej o niebezpiecznych zjawiskach, które złożyły się na sukces islamistów w Europie Zachodniej. Począwszy od tragicznych zamachów we Francji, poprzez spory o miejsca na basenach kąpielowych, specyfikę brukselskiej dzielnicy Molenbeek (powszechnie uważanej za siedlisko dżihadystów belgijskich), po problemy z burkami w publicznej przestrzeni.
Nie chcąc być posądzany o brak obiektywizmu wobec kolegi, sięgnąłem do google, aby zobaczyć co inni o treści jego książki napisali. Znalazłem sporo, tylko część wybrałem, ale naprawdę warto przeczytać...
Dlaczego pana zdaniem islam jest zagrożeniem dla Europy?
Marek Orzechowski: - Problem polega na tym, że islam nie jest tylko religią. W cywilizacji zachodniej każdy może wierzyć w co chce i nie ponosi z tego tytułu żadnych konsekwencji. Jednak islam jest także systemem prawnym i politycznym, który chce budować swoje własne państwo. Cóż mogłoby nas to obchodzić, jeżeli czyniłby to u siebie? Muzułmanie, niezależnie od tego, gdzie mieszkają, w Polsce, w Belgii czy w Anglii, nie odnoszą się w lojalny sposób do struktur państw, w których żyją, ponieważ stworzone są ręką człowieka a nie boga. Poza tym tworzą odrębną, sobie tylko dostępną społeczność muzułmańską na świecie, która nazywa się Umma. I to jest dla nich najważniejsze. Nie odczuwają w gruncie rzeczy potrzeby identyfikacji z państwem, w którym się urodzili, którego obywatelstwo posiadają, a jak się radykalizują, to stanowią dla tego państwa duże zagrożenie. I odkryciem ostatnich zdarzeń, które wreszcie dociera również do polityków i wielu dziennikarz jest fakt, że ci którzy strzelają do nas na ulicach, to są nasi terroryści. Oni już nie muszą znikąd przyjeżdżać, nie muszą być eksportowani przez ugrupowania typu Al Ka'ida. Mamy na miejscu własnych terrorystów, którzy urodzili się w europejskich krajach, ale nie mają żadnego związku ze społeczeństwem, w nich wzrastają, i w nich żyją, a następnie stają się naszymi zabójcami. I o tym trzeba po prostu wiedzieć.
Autor zmaga się z dręczącym go lękiem o przyszłość miejsca w którym żyje i w którym czuje się dobrze, czuje się u siebie. Choć, jak sądzę, na stałe przebywa w Niderlandach, a nie w Polsce. Więc "u siebie" ma trochę inny wymiar niż byśmy mogli na pierwszy rzut oka rozumieć. Określenie swojskości i wolności ma więc szerszy, europejski, cywilizacyjny a nie krajowy wymiar.
Wspomniany lęk wynika z zagarniania coraz większych przestrzeni życia społecznego, politycznego i nawet osobistego przez mniej lub bardziej wojowniczy islam.
Książka jest próbą określenia, dlaczego akceptowanie fundamentalizmu islamskiego obecnego w Europie niszczy europejską tożsamość cywilizacyjną. Można się z Autorem zgadzać lub nie, ale na pewno warto przeczytać. Tym bardziej, że książka wolna jest od rasizmu, nacjonalizmu czy wręcz faszyzmu, obecnych podczas podobnych dyskusji i demonstracji prowadzonych w naszym kraju.
Książkę powinien przeczytać każdy Europejczyk. jak pisze Marek Orzechowski, bo w Europie jest już 44 mln muzułmanów, w samej Francji aż 5 mln, w Niemczech ponad 4 mln. są drugim albo trzecim pokoleniem urodzonym w Europie, mają obywatelstwo np. francuskie ale nie integrują się z zachodnim społeczeństwem, nie szanują prawa kraju, w którym się urodzili, ich prawem jest szariat, który szczególnie okrutnie traktuje kobiety:
"Konsekwencje zawartych pod przymusem małżeństw są dla kobiety i mężczyzny odmienne. Każdy, kto żyje na Zachodzie i spotyka muzułmanów, odmienność te odczuwa niemal cieleśnie. Mężczyzna jest w stanie poruszać się w przestrzeni „męskiej wolności” – żyje, jak chce, robi, co chce, z reguły ma kochankę albo chodzi do burdelu. Podrywa też chrześcijanki. Kobieta, zamknięta w domowej klatce i traktowana jako własność, służy zaspokojeniu potrzeb seksualnych małżonka".
W głowach europejskich muzułmanów siedzi dżihad z niewiernymi, a wiec walka ze wszystkimi, którzy nie wyznają wiary w allaha.
Marek Orzechowski jak zwykle pisze interesująco, celnie ukazując słabość europejskiej administracji wobec zagrożenia radykalizującymi się muzułmańskimi sąsiadami.
"Kiedy kościoły zamienia się w meczety, kiedy brytyjska policja ściga mężczyznę głośno krytykującego w autobusie islam, kiedy w wielu szwedzkich gminach Szwedzi stanowią mniejszość, kiedy sąd w Brukseli odstępuje od wymierzenia kary, aby z islamisty nie czynić męczennika, kiedy policja belgijska pilnuje porządku na basenach publicznych, gdzie muzułmańska chuliganeria poluje na dziewczyny niemuzułmanki, kiedy młodzi Marokańczycy, gwałciciele, tłumaczą, że nie dokonaliby gwałtu, gdyby ofiara była muzułmanką, wcale nie mamy do czynienia z dywagacjami na temat islamizacji, która ma nastąpić – ten proces jest w toku. Terrorystyczne zamachy w Europie są fragmentem krwawej wojny prowadzonej w globalnej skali".
Islamizacja Europy Zachodniej staje się faktem i to tylko kwestia czasu kiedy dotrze do Europy Wschodniej. polecam, na prawdę warto przeczytać.
Marek Orzechowski w swojej krótkiej, ale jakże wymownej książce poddaje analizie ideę multikulti w odniesieniu do imigrantów muzułmańskich w miastach takich jak Bruksela, Amsterdam czy też Berlin. Obrazy z tych miast wywołują ciarki na plecach i skłaniają do jednego wniosku, idea multikulti nie wypaliła na Zachodzie. Autor pokazuje problem jakim są dla dużych europejskich miast hermetyczne, brutalne i zawłaszczające przestrzeń publiczną społeczności muzułmańskie. Mamy również szereg historii takich jak zabójstwo van Gogha, czy młodej Surucu. Mamy obraz ustępującej przed islamistami Europy wierzącej w wolność człowieka, szczególnie w sferze religii. Przyznam, że wizja kreślona przez Autora nie napawa optymizmem i nas Polaków uderza szczególnie, gdyż nas ten problem na razie nie dotyczy, przez co wydaje się odległy i wręcz nierealny. To chyba jednak tylko kwestia czasu i patrząc na to co dzieje się na Zachodzie powinniśmy wyrobić sobie odpowiednie zdanie i na to się przygotować. Styl książki bardzo fajny, czyta się dobrze, Panie Marku chciałoby się powiedzieć "więcej". Pozycja obowiązkowa, szczególnie dziś.
Postępująca islamizacja Europy Zachodniej na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, to proces, zjawisko, którym zajmuje się autor w niniejszej książce. Niestety, obraz i wnioski jakie kształtuje i wyciąga autor nie napawają optymizmem czytelników, którym na sercu leży zachowanie starych, chrześcijańskich korzeni naszego kontynentu. Islam rozprzestrzenia się niczym zaraza wśród społeczeństw dobrze rozwiniętych zachodnich krajów wpływając jednocześnie na ich postawy i zachowania. A przecież, kraje te, przyjmując niezliczone masy imigrantów pochodzenia muzułmańskiego liczyły na obopólne korzyści, tymczasem życie przyniosło coś całkiem przeciwnego. Dlaczego tak jest? Dlaczego środowiska imigrantów nie chcą się integrować ze środowiskami autochtonów? Czy winni temu jesteśmy my, Europejczycy, czy też oni, przybyli z Bliskiego Wschodu i Afryki Płn. Autor zajmuje tutaj jednoznaczną i zdecydowaną postawę. W głównej mierze, obwinia on o zaistniałą sytuację religię i jej zasady, które kształtują zachowania i postawy środowisk imigranckich. Czy postawa autora jest obiektywna? No cóż, może nie w stu procentach, ale autor, że tak powiem, ma bardzo, bardzo wiele racji. Coraz większe i szersze znaczenie wśród muzułmanów zamieszkujących nasze miasta, zajmują skrajnie nam, wyznawcom innej wiary, nieżyczliwe, delikatnie mówiąc, ekstremalne grupy fanatyków religijnych. Nie bez wpływu oczywiście, na zaistniałą sytuację ma postawa rządów tzw. Zachodu, które swoimi działaniami zdestabilizowały w miarę stabilną sytuację na Bliskim Wschodzie i spowodowały ogromną falę imigracji. Także wszechobecna tolerancja i ustępstwa wobec żądań i zachowań przybyłych, które burzą całkowicie świat naszych wartości i postaw, polityczna poprawność i utopijna,według mnie, teoria stworzenia społeczeństwa tzw. multikulti uczyniły Europę Zachodnią taką jaką jest. Autor jednoznacznie stwierdza, że kraje, których sytuację przedstawia w książce (Austria, Belgia, Francja, Holandia, Niemcy) już przegrały wojnę o swoją duszę. Już, obecnie wpływ na kulturę, obyczaje, życie codzienne ma tam islam i jego święta księga Koran. A wpływ ten będzie coraz większy. No cóż, pozostaje się cieszyć, że żyjemy w naszej ukochanej Polsce i wyrazić nadzieję, że przez cały czas swego trwania będzie ona właśnie nasza.
Chciało by się napisać: przerażająca wizja… Tylko, że to nie jest wizja, to nie wirtual, to jak najbardziej namacalny real. Jeszcze nie u nas, jeszcze możemy żyć w radosnej nieświadomości zajęci głupotami serwowanymi przez naszych polityków z tej czy tamtej strony. Ale świat się globalizuje w tempie wykładniczym. Globalizuje się nie tylko dobro i wygoda, ale również zło i fanatyzm. A fanatyzm ma tutaj konkretne oblicze. Tymczasem różni politycy, humaniści, intelektualiści wciąż biją w bębenek poprawności politycznej posuniętej do granic absurdu. Aż nasuwa mi się pewna analogia… Nie tak całkiem dawno temu Zachód był naszpikowany tabunami tzw. pożytecznych idiotów sławiących wujka Stalina i najwspanialszy ustrój na świecie. Problem w tym, że ów ustrój był w dużej mierze patologicznym wytworem naszego kręgu kulturowego i choć to długo trwało, dało się go pokonać. Inwazja sowietów na Europę i cały świat nie nastąpiła, choć kilkakrotnie było całkiem blisko. Tym razem dokonuje się zupełnie inna inwazja a pożytecznych idiotów (bądźmy poprawni politycznie i głośmy równouprawnienie płci – również pożytecznych idiotek) przybywa masowo. O tym autor nie pisze. Książka jest jak najbardziej wyważona, bez szkalowania i szowinizmu. Nie ma tu prawicowego radykalizmu, nie ma tu proroczych wizji, nie ma tu przesady. Pokazane jest tu i teraz współczesnej Europy, zwłaszcza tej na zachód od Odry. Książka wali niczym kowalski obuch. Dlaczego? Bo została wydana ledwie niecały rok temu, a już dzisiaj zapewne autor dopisałby kolejne rozdziały. Tuż przed wydaniem autor dopisał coś w rodzaju posłowia, bo oto życie dopisało właśnie kolejny tragiczny fakt. Marzec, 2015 (taki tytuł ma owo posłowie) to brutalny atak na muzeum Bardo w Tunisie. Książkę autor kończy słowami: „Niestety, mój sąsiad islamista nie jest sam. Tunis jest wszędzie.” Jakże już nieaktualne to słowa. Dzisiaj autor zapewne by dopisał, że właśnie Tunis przybył do Paryża i Brukseli. Gdzie dalej?
Warto przeczytać i zacząć się zastanawiać nad swoimi postawami. Jak pogodzić humanistyczne wartości współczesnej Europy wypracowane jakże często w ogniu i krwi milionów ludzi z ewidentną, bezprzykładną agresją obcej kultury. Jak, nie krzywdząc Bogu ducha winnych ludzi, dać odpór złu. Gdzie kończy się tolerancja i nadstawianie drugiego policzka. Czy Europa, żeby przetrwać, musi stoczyć się znowu w czas odwetu i walki? Czy jedyną skuteczną odpowiedzią na obcy kulturowo fanatyzm jest własny, rodzimy? Nie znajdziemy tu odpowiedzi. To musi przemyśleć sobie każdy sam. A czasu na rozsądne, racjonalne myślenie nie ma już dużo… Może w ogóle już go nie ma…
"Najważniejsze staje się w tym kontekście pytanie o stosunek islamu do przemocy. Wszystkie religie znają tę pokusę, ulegały jej i usprawiedliwiały stosowanie przemocy w imieniu Boga, ale w dzisiejszym świecie fenomen gwałtu religijnego i legitymizowanej religią zbrodni związany jest wyłącznie z islamem."
Książkę znalazłam przypadkiem, kiedy przeglądając LC zauważyłam, że ktoś z moich znajomych chciał ją przeczytać (lub przeczytał), do tego ten tytuł i temat jakże na czasie... Nie było siły. Od razu znalazłam i zabrałam się do czytania, troszeczkę z obawami, czy pan Marek Orzechowski nie będzie próbował wciskać ciemnoty tak jak np. mjr Zbigniew Bauman, który twierdzi, że "do terroryzmu należy się przyzwyczaić", czy też pani Joanna Seneszyn, która radzi: "Niedługo muzułmanie to będzie najliczniejsza religia na świecie. I trzeba sobie uświadomić, że skoro tak, to dobrze by było, żeby Polska wreszcie przestała być przedmurzem chrześcijaństwa.", lub szanowny pan Grzegorz Schetyna: "nie można łączyć terroryzmu z napływem imigrantów".
Na szczęście pan Marek Orzechowski profesjonalnie, rzeczowo, poparty faktami oraz ogromną wiedzą prezentuje prawdę w najszczerszej formie, bez koloryzacji, nazywając rzeczy po imieniu, przy czym wyraźnie starając się nie urazić uczuć wyznawców islamu (chociaż szczerze wątpię, czy mu się to udało, gdyż ich wszystko bulwersuje) przedstawił co się dzieje pod przykrywką "multikulti" w Europie. Opisuje wyczerpująco mechanizm polityczny poszczególnych krajów Europy, w których wyznawcy islamu, próbują na różne sposoby wpłynąć na nie, i przystosować je pod swoją wiarę.
Książka została wydana ledwie rok temu, a już teraz z pewnością pan Marek patrzy ze smutkiem jak przez ten rok spełnia się to o czym pisał i ostrzegał.
Gorąco i szczerze polecam tą książkę, zwłaszcza tym, którzy nie mają jeszcze wyrobionej opinii, lub chcą zgłębić temat. Pan Orzechowski otwiera oczy, tym, którzy wciąż nie dostrzegają tego co w niedługim czasie stanie się z Europą. Szkoda, że nie jest w stanie otworzyć oczu przywódcom państw, którzy doprowadzają UE do ruiny.
"Jeszcze nie oglądam się za siebie na każdym kroku, jeszcze nie wypatruję brody i kałasznikowa na zakręcie ulicy, ale czuję, jak wszyscy, że pewne niebezpieczeństwo - nie takie znowu małe - jednak istnieje".