czwartek, 7 kwietnia 2016

Ekwador wzdłuż i wszerz, cz. 9

Z wycieczki do pobliskiego Parku Narodowego, w piątek 11 marca 2016 roku, klimatyzowanym samochodem wróciliśmy do Puerto Lopez, w którym byliśmy zakwaterowani w hostelu Fregata.


Jeden z naszej trójki podróżników po Ekwadorze, Janusz Nowak zainteresował się ceną trzykołowej rykszy. Uznał, że takim pojazdem mógłby jeździć po Kociewiu gdzie na stałe mieszka. Cena pojazdu tysiąca dolarów była na tyle przystępna, że zaczął poważnie rozważać sprowadzenie takiej rykszy do Polski. Najlepiej statkiem w kontenerze.


Aby sfotografować rykszę i ustalić z przewoźnikiem szczegóły transportu, musiał kupić do swego aparatu fotograficznego dwie małe baterie. Są one do nabycie w Ekwadorze – o czym warto wiedzieć - głównie w... aptekach.


Z dyscyplin sportowych bardzo popularna jest w Ekwadorze piłka nożna. W każdej nawet najmniejszej mieścinie, nie koniecznie tylko młodzi ludzie podzieleni są na dwa zespoły i kopią piłkę. I to grają w nią gdziekolwiek można. Tak na kontynencie Ameryki Południowej rodzą się piłkarskie talenty.
Przypomnijmy przy okazji, że rozegraliśmy mecz towarzyski 13.11.2005 Polska – Ekwador, wygrywając 3:0. Ale siedem miesięcy później, podczas MŚ 2006, faza grupowa 09.06.2006 - Veltins-Arena - Gelsenkirchen przegraliśmy 0:2. W grupie A z trzema punktami zajęliśmy dopiero trzecie miejsce za Niemcami (9 pkt.) i Ekwadorem (6 pkt), a czwarta była Kostaryka (0 pkt.).
Remisem 2:2 zakończył się mecz towarzyski rozegrany 12.10.2010. Dwa gole dla Ekwadoru zdobył Christian Benítez 32 i 78 minuta, a dla Polski 61' Euzebiusz Smolarek i 70' Ludovic Obraniak.


Ekwador przy ciągłej ciepłej i wilgotnej pogodzie ma wiele różnorakich drzew owocowych i sporo warzyw. Niektóre z nich są nam w ogóle nie znane, bo nie sprowadza się ich do Polski. Często musieliśmy dopytywać co jest nam oferowane.


Po całym dniu zwiedzania Parku Narodowego i oceanicznej kipieli, poczuliśmy głód. Puste niezbyt czyste lokale restauracyjne nie zachęcały do konsumpcji. Idąc w kierunku plaży trafiliśmy na uliczny bar oferujący pieczone na głębokim tłuszczu bananowe placki. Te bardziej płaskie z serem i dżemem były doskonałe. I kosztowały zaledwie po 0,5 dol. sztuka. Takie podłużne z rybą w środku, po słodkim już mniej smakowały.


Pragnienie ugasiliśmy w znanym już nam plażowym lokalu, w którym schłodzony butelkowy pilsner kosztował 1,5 dolara.


Obok przed sklepem spożywczym, podobnie jak dzień wcześniej – co zauważyliśmy – zgromadziły się na ploteczki miejscowe kobiety.


W tej małej rybackiej mieścinie tuż przy plaży znajdowała się siedziba Banco Pichincha. W niej bez żadnych przeszkód ze zwykłej karty Visa pobrałem 200 dolarów, ratując kociewskiego podróżnika z trudnej sytuacji.


Otóż jednemu z naszej trójki zablokowano kartę bankową, bo wcześniej jeszcze w Cuence pobierając dolary wbił w nią wadliwy numer PIN-u A miał na niej specjalnie założone na tą wyprawę oddzielne konto dewizowe. Teraz znajdując się około 11 tys. km od Gdańska nie miał do niego dostępu.
Z kolei na początku wyprawy, na trasie z Quito do Latacunga, drugiemu z nas podczas jazdy autobusem, z podręcznej torby podróżniczej wyciągnięto telefon komórkowy i okulary. Ważniejsza była dla okradzionego kurtka przewieszona przez kolana niż wsadzona pod siedzenie niewielka torba podróżnicza. Siedzący z tyłu pasażer widocznie musiał się nią zainteresować. 
Gdy przed tą podróżą jeszcze na autobusowym dworcu doradzaliśmy, aby kurkę zapakować do plecaka, to usłyszeliśmy odpowiedź, że właśnie z kurtką przewieszoną przez torbę poszkodowany podróżował kilkanaście lat temu po Indiach. I tam też go okradli – jak wspominał - tyle że z pieniędzy.


Pechowiec co do karty bankowej, do której nie zapisał sobie PIN-u, zdając się na zawodną pamięć, zadowolony z przypływu gotówki nabrał na tyle energii, że samoistnie włączył się do plażowej gry w piłkę nożną.


Przy malowniczej plaży w Puerto Lopez, dopiero chyba niedawno temu zaczęto budować utwardzoną drogę i most. Są to inwestycje niezbędne, bo ruch kołowy jest bardzo duży. Przyjeżdżają odbiorcy ryb odłowionych przez rybaków, a także sporo turystów.


W Ekwadorze gdziekolwiek się nie ruszysz, wszędzie mają ludzie telefony komórkowe. Co rusz słychać te same dźwięki dzwonków co u nas w kraju i w Europie. Mieszkańcy noszą też koszulki znanych światowych marek, jak choćby Adidas.


Pod wieczór jeszcze raz udaliśmy się na lokalne molo, aby z wody podziwiać zachód słońca.


Przy molo, jak na tę porę dnia, panował jeszcze dość spory ruch, bo spóźnialscy rybacy powracali z łowisk.


Na swoich mężów rybaków czekały ich żony z małymi dziećmi. My myślami byliśmy z najbliższymi, którzy czekali na nas w Polsce.


Podczas ostatniego dnia pobytu w Puerto Lopez, śniadanie we własnym zakresie zjedliśmy na tarasie pełnym rozwieszonych hamaków. Tradycyjnie dostarczane po porannym bieganiu przez Janusza Nowaka słodkawe bułeczki, topiony ser, dżem i kawa.


Po śniadaniu pożegnaliśmy się z gospodynią, robiąc sobie z nią przed hostelem Fregata wspólne pamiątkowe zdjęcie. Jej znajomy samochodem za dwa dolary podwiózł nas z coraz cięższymi plecakami od zbieranych muszelek na pobliski dworzec autobusowy. Naszym kolejnym miastem na trasie półtoramiesięcznej wyprawy była miejscowość Manta. (cdn)

Tekst i zdjęcia: Włodzimierz Amerski




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz