Książkę
na ukończeniu z półtoramiesięcznej wyprawy, w okresie od 15
lutego do 23 marca 2016 roku po Ekwadorze, ma jeden z naszej trójki
podróżników.
Kociewiak
Janusz Nowak spod znaku Zodiaku – Baran, zawziął się i opisał
nasze przygody podczas pokonywania przez nas państwa Południowej
Ameryki.
Począwszy
od stolicy Quito, kierując się na południe wzgórzami Andów i z
powrotem na północ wzdłuż Oceanu Spokojnego. Mieszkaliśmy i
przebywaliśmy kolejno w takich ekwadorskich miastach, jak: Banios,
Riobamba, Puyo, Latacunga, Alausi, Cuenca, Loja, Guayaguil, Salinas,
Puerto Lopez, Manta, Monte Cristi, Bahia i Canoa.
W kolejnym,
węzłowym mieście handlowym jakim było Santo Domingo, gościliśmy
trzy doby, płacąc za każdy nocleg zaledwie po 8 dolarów od osoby.
Po pierwszej
nocy, mało co przespanej w Santo Domingo, z uwagi na hałas jaki
dochodził z ulicy na którą wychodziły okna naszego trzyosobowego
pokoju, w pobliskiej kawiarni na śniadanie za 4 dolary
skonsumowaliśmy kruche ciasteczka popijane dobrą kawą. Podobnie
jak poprzedniego dnia udaliśmy się do centrum handlowego w
poszukiwaniu biura informacji turystycznej i od razu trafiliśmy na
tubylca w koszulce z pewnością chińskiej produkcji, na plecach z
napisem STALIN Z i liczbą 14.

Po minięciu
długiego na ponad kilometr i szerokiego gdzieś na 300 m ulicznego
bazaru, dotarliśmy do centrum miasta. Jego wyznacznikiem w każdym
ekwadorskim mieście jest fontanna. W pewnym momencie dał się
słyszeć dźwięk świszczącej pary wydobywającej się spod maski
żółtej taksówki. Obok nas buchnęło parą, gdy kierowca uniósł
maskę do góry. Jego unieruchomiony w centrum miasta pojazd od razu zaczął
tworzyć rosnący korek samochodów. Ku naszemu zaskoczeniu, do
kierowcy podeszło kilku policjantów i regulując ruch pomogło mu
wycofać jego uszkodzoną taksówkę do pobliskiej zatoczki.

Po zakończeniu
tej awaryjnej akcji, spytaliśmy tych policjantów gdzie znajduje się
punkt informacji turystycznej? Po angielsku jeden z nich poprosił,
abyśmy z nim razem poszli, to nam pokaże. Poczuliśmy się niemal
jak przestępcy, bo przez centrum szliśmy w asyście trzech
policjantów, jeden z przodu i dwóch za nami. Miejscowi patrzyli na
nas podejrzliwie. Gdzieś po 5 minutach dotarliśmy do celu. Nasz
policyjny przewodnik powiedział do obsługującej punkt kobiety, że
jesteśmy turystami z Holand i ma nas należycie obsłużyć. Od
sympatycznej czarnulki otrzymaliśmy doskonałe mapy Ekwadoru oraz
Santo Domingo i okolic, łącznie z podanym kilometrażem dojazdowym
do centrum.
Czarnulka
doradziła nam, abyśmy miejscowym autobusem udali się do
pobliskiego parku przyrody San Gabriel.
Nie doczekawszy
się autobusu, zdecydowaliśmy się na żółtą taksówkę. Jej
kierowca zgodził się nas dowieść za 5 dolarów. Gdy z 50 dolców
wydawał nam resztę, za ten kurs - ku naszemu zdziwieniu - pobrał
10 zielonych. Taksówkami do parku przyrody dojeżdżały całe
rodziny.
Kierowca
taksówki podczas jazdy poinformował nas, że jedziemy nową drogą,
oddaną miesiąc temu do użytku. Jest to – jak stwierdził –
pierwsza taka droga w Ekwadorze, która ma oddzielną ścieżkę dla
rowerzystów. Ale rowerów w Santo Domingo jest jak na lekarstwo,
zatem póki to jeżdżą po niej motocykliści i motorowerzyści.
Było już po
południu i poczuliśmy głód. W lokalnej jadłodajni w San Gabriel
można było, oczywiście po obowiązującym w Ekwadorze języku
hiszpańsku, zamówić frytki i pojo, czyli kurczaka i jakąś
surówkę oraz puszkową colę do popicia. Dopiero co gorące świeże
frytki podano nam na plastikowych talerzykach. Danie konsumowaliśmy
plastikowymi sztućcami. Zapłaciliśmy za to łącznie po 3,30
dolarów.
Przy wejściu
do parku widniała duża tablica informująca, że na jego
zagospodarowanie wydatkowano 215 tysięcy dolarów. I to
amerykańskich, bo takowe są w ekwadorskim obiegu.
Główną
atrakcję parku stanowiła w miarę wolno płynąca rzeka. Wielu
śmiałków,w tym i starsze wiekiem osoby, za honor brały sobie
pokonanie rzeki w bród. Czasami kończyło się to poślizgnięciem
na kamieniu i wpadnięciem do wody. Kilka razy widzieliśmy, jak
młodzi ratują starszych przed ich zatonięciem.
W pewnej
odległości od brodzenia po kamieniach, na przewężeniu rzeki była
po obu brzegach rozciągnięta gruba lina. Tak dla celów
bezpieczeństwa, aby się jej chwycić w przypadku gdyby kogoś
porwał nurt rzeki.
W pobliżu
rozwieszonej nad rzeką liny, z wody wystawały duże kamienie
stanowiące miejsca dla schładzania się w wodzie zakochanych w
sobie par.
Przy zejściu
kamiennymi schodami do rzeki, znajdowało się metalowe zadaszenie
chroniące przed piekącym słońcem. Dopiero tutaj po raz pierwszy
naszego pobytu w Ekwadorze zauważyłem tak wysokiej klasy rower.
Woda wyzwala w
ludziach jakąś chęć brawury, ryzyka. Bo czyż nie jest nią próba
nauki pływania w nurcie rzeki, czy też oswojenia z wodą
kilkumiesięcznego malca?
Matka malca
okazała się kobietą bardziej przewidującą i ryzykanckiemu ojcu
odebrała małego synka.
Z ciekawości
udaliśmy się w górę rzeki i trafiliśmy na chwiejną kładkę,
jak się okazało prowadzącą do gospodarstwa agroturystycznego.
W tym
gospodarstwie znajdowały się hodowlane stawy ryb z przepływająca
rurami bieżącą wodą. Rozważaliśmy nawet, czy się tutaj nie
przenieść, choćby nawet na jedna noc. Panująca wilgoć i bród od
tego zamiaru nas odstręczyły.
W okrężnej
drodze powrotnej na przystanek autobusowy, dotarliśmy do zakładu
stolarskiego. Kociewiak Janusz Nowak, który w swoim
dotychczasowym życiu wybudował aż dwa domy, zainteresował się
ofertą tego sklepu. Ciekawił go rodzaj drewna z jakiego zrobione są
deski i podłogowe klepki.
Obok parku
przyrody San Gabriel, w pobliżu autobusowej pętli dostrzegliśmy
ładne uliczne murale swoją treścią nawiązujące do miejscowych
realiów.
Pętla
autobusowa w San Gabriel stanowiła swego rodzaju centrum usługowe.
Pod chmurką były naprawiane pojazdy jednośladowe, które po
korozji można by uznać za wiekowe.
Pod wieczór
autobusem lokalnej linii wróciliśmy do centrum Santo Domingo,
płacąc jedynie po 2 dolary od osoby. Byliśmy tak zmęczeni, że od
razu po prysznicu poszliśmy spać. Następnego dnia czekała nas
dłuższa powrotne podróż do Quito, stolicy Ekwadoru. Do odlotu do
Europy mieliśmy jeszcze kilka dni. Planowaliśmy wizytę w najwyżej
położonym na świecie, bo na wysokości 3 tys. m npm klasztorze
polskich Franciszkanów. Jeszcze przed wylotem do Ekwadoru, od
gdańskich Franciszkanów otrzymałem telefoniczne i mailowe namiary
na ten klasztor. Mimo wielu podjętych prób, nikt nam na nasze maile
i telefony nie odpowiedział.
Tekst i
zdjęcia: Włodzimierz Amerski