poniedziałek, 13 lutego 2017

Ekwador wzdłuż i wszerz, cz. 24


Podczas końcowych dni naszego pobytu w Ekwadorze, deszczowy poranek w Palmową Niedzielę 20 marca 2016 roku zmobilizował nas do szybszego opuszczenia Santo Domingo. Typowo handlowego miasta zamieszkałego przez około 280 tys. mieszkańców. Sprzed hotelu zabraliśmy się pierwszą zatrzymaną taksówką, która zawiozła nas na autobusowy terminal.
Po niespełna trzech godzinach jazdy rejsowym autobusem wysiedliśmy na tym samym wielkim dworcu w Quito, z którego wyjeżdżaliśmy pięć tygodni temu do Latacungi. Nasza półtora miesięczna wyprawa po Ekwadorze zamknęła wytyczoną pętlę. Przewóz naszych bagaży z przystanku autobusowego do postoju taksówek zleciliśmy tragarzowi za drobną odpłatą.
Do taksówki, oczywiście żółtego koloru, ułożyliśmy nasze plecaki i zamówiliśmy kurs do hotelu Plaza, tego samego w którym mieszkaliśmy na początku naszej wyprawy.
Tym razem jechaliśmy nieco inną trasą i mogłem przez okno taksówki zrobić zdjęcie dużego napisu i przy okazji jednemu z nielicznych w Quito rowerzyście.
Wyjątkowo tanio, bo za 10 dolarów przejechaliśmy spory odcinek i gdzieś po godzinie dotarliśmy pod nasz hotel Plaza, znajdujący się w cichej dzielnicy willowej. W recepcji powitały nas te same znajome buzie. Otrzymaliśmy ten sam pokój na trzecim pietrze, w którym mieszkaliśmy poprzednio. Został pomalowany i trochę doposażony.
Przy recepcji trafiliśmy na hotelowego gościa ciekawie ubranego. Miał na imię Marek i pochodził z kanadyjskiego Quebecu. Zachwalał nam swój niedawny pobyt w Medellin, drugim pod względem wielkości mieście w Kolumbii, aglomeracji liczącej 3,7 mln mieszkańców.
Do powrotu do Polski pozostały nam tylko dwa dni. Zatem w poniedziałek 21 marca 2016, tuż po śniadaniu, postanowiliśmy pojechać miejskim autobusem na równik, odległy od centrum miasta o 60 km, kierując się na północ. Dostrzegłem, że w pobliżu Janusza siadały różne kobiety i każda zaraz sięgała po lusterko... 
Równik, to doskonale zagospodarowane miejsce. Jest jednym z symboli Ekwadoru, bowiem od równika pochodzi nazwa kraju. Otóż słowo Ecuador, po hiszpańsku dokładnie znaczy równik. Ledwie co wysiedliśmy z miejskiego autobusu, a natknęliśmy się na kondukt żałobny.
Do godziny dwunastej pozostawało nam jeszcze trochę czasu więc przed prażącym słońcem schroniliśmy się w pobliskiej kawiarni. Odbywał się przy niej plenerowy wernisaż różnych prac artystycznych, głównie malarskich, wykonanych przez lokalnych twórców. Moją uwagę zwrócił duży obraz ukazujący ostatnią wieczerzę dwunastu apostołów. Obraz nawiązywał do malowidła ściennego Leonarda da Vinci, wykonanego na refektarzu klasztoru przy Santa Maria delle Grazie w Mediolanie.
Podczas wernisażu wystąpiło kilka zespołów artystycznych ubranych w regionalne stroje. Oczywiście musiał sobie z nimi zrobić wspólne pamiątkowe zdjęcie jeden z naszej trójki podróżników, Janusz Nowak z Kociewia.
Tak bardzo prażyło słonce, że postanowiliśmy ugasić pragnienie w  kawiarni. Tak oficjalnie zaproponowano nam herbatę z liściem... koki. Kosztowała nas po 1,5 dolara i według wywieszonego cennika była tylko o 50 centów droższa od zwykłej czarnej herbaty.
Wzmocnieni koką, przeszliśmy na drugą stronę szerokiej jezdni pod kasy, aby kupić bilety wstępu.
Wyciągnąłem swoją legitymację prasową licząc na jakąś zniżkę. Nic z tego, również i tutaj czegoś takiego nie uwzględniono. Jedynie nasz wiek upoważniał nas do otrzymania nieco tańszych biletów, za które zapłaciliśmy po 1,75 dolara.
Po przekroczeniu bramek wejściowych, znaleźliśmy się pod dużym obeliskiem oznaczającym równik. Przy nim jest namalowane skrzyżowanie żółtych linii i widoczne z daleka duże litery: N S W i E, wskazujące kierunki czterech stron świata. Znajdując się w takim miejscu należało zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z czerwoną flagą i herbem Gdańska oraz z naszą narodową biało-czerwoną. 
Te flagi, jak i inne drobne pamiątkowe przedmioty, otrzymaliśmy od Anny Zbierskiej z Biura Promocji Urzędu Miasta Gdańska, za co jej serdecznie dziękujemy. Dla przykładu długopisy z napisem Kocham Gdańsk, przydały nam się najbardziej, o czym napiszę w oddzielnym odcinku.
Pod koniec naszej półtoramiesięcznej podróży po Ekwadorze znaleźliśmy się na równiku! La Mitad del Mundo, czyli środek świata, albo połowa świata. Taki obieżyświat jak Wojciech Cejrowski, też pochodzący z Kociewia, w jednym ze swoich odcinkowych filmów udowadniał, że prawdziwy równik precyzyjnie oznaczony przez fizyków i matematyków, znajduje się z dwieście metrów dalej. Cóż to za różnica? Dla zwykłego śmiertelnika nie ma to żadnego znaczenia. Tym bardziej, że i w tym miejscu niektórym osobom udawało się postawić na sztorc surowe jajko.
Podobnej sztuczki ustawienia pionowo surowego jajka na główce gwoździa próbował inny Kociewiak Janusz Nowak, ale z mizernym skutkiem. Robił to chyba zbyt nerwowo. No, ale wspólnie byliśmy zadowoleni z tego, że znaleźliśmy się w jedynym miejscem, w którym podczas zrównania dnia z nocą przedmioty w samo południe nie rzucają cienia. Są to tak zwane dni równonocy, gdyż na całej Ziemi dzień i noc mają wtedy jednakową długość.
Na równik przybywa wielu turystów i miejscowy fotograf robi im odpłatnie pamiątkowe zdjęcia. Przy okazji wyjaśnia im, że około 20 marca, jak i 21 września, kiedy Słońce wschodzi wówczas dokładnie na wschodzie, przez 12 godzin przesuwa się nad równikiem i zachodzi dokładnie na zachodzie. W południe w dniu równonocy, Słońce stoi w zenicie nad równikiem i znajdujące się tu obiekty nie rzucają cienia. My też tego doświadczyliśmy.
Andrzej i Janusz płacąc po 4 dolary wybrali się na krotką wycieczkę do położonego niedaleko od równikowego obelisku wygasłego wulkanu o nazwie Pululagua,(3356 m n.p.m.). Na jego dnie zamieszkuje około tysiąca ludzi, aż niewiarygodne, bo bez prądu, telefonów i samochodów. W wycieczce brały udział trzy młode kobiety, Austriaczka - Karolina. Ekwadorka – Gabriela i trzecia o imieniu Nicol Wyszecki, pochodząca z Polski. Jej rodzice mieszkają w Gdańsku. W stanie wojennym przebywali w Austrii, i właśnie tam ona się urodziła. Obecnie studiuje etnografię w Wiedniu. W trójkę wędrują po Ameryce Południowej, ale też trochę pracują jako wolontariuszki, ucząc dzieci, które nie mają dostępu do elementarnej edukacji.
Na zakończenie naszego pobytu na ekwadorskim równiku, w pobliskim biurze turystycznym nabyliśmy, płacąc po 2 dolary, certyfikaty potwierdzające naszą tu obecność. Zostały one postemplowane i podpisane przez urzędniczkę oraz dwóch świadków i będą doskonałym dowodem naszej obecności w tym szczególnym miejscu.

Tekst i zdjęcia: Włodzimierz Amerski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz